W tym wpisie są chyba ze 4 przepisy 😹 A zatem:
Po przerwie wróciliśmy na chwilę do naszego ukochanego Wielenia. Na razie tylko na chwilę, ale mam nadzieję, że sprawy tak się ułożą, że wiosną i latem będziemy tu częściej. 🌿
Stęsknieni za naszymi tubylcami dostaliśmy zaproszenie na palenie Śmierciuchy 🔥 I powiem Wam – ja naprawdę kocham te wielkopolskie klimaty. Za to, że ciągle można tu usłyszeć coś nowego. Na przykład czarcie żebro, czyli ostrożeń warzywny – o którym, mimo dyplomu z zielarstwa z SGGW, pierwszy raz usłyszałam właśnie tutaj. Albo purtelamy, na których byliśmy już dwa razy 💃 I za to trzymanie się słowiańskich i innych tradycji.
Na Śmierciusze nigdy wcześniej nie byłam. Wszędzie raczej topiło się Marzannę na koniec zimy. A tu – jak się okazuje – jest i to, i to. Palenie Śmierciuchy to lokalny zwyczaj żegnania zimy: wszystko to, co stare i ciężkie, pali w ognisku 🔥 Taki symboliczny moment – koniec zimy i zaproszenie wiosny 🌱
No ale miało być kulinarnie.
Jak dobry obyczaj nakazuje zapytałam, co przynieść i co będzie. Jak usłyszałam, że między innymi będą ziemniaki z ogniska, to pomyślałam od razu: masło czosnkowe 🧄🧈 Zrobię.
A że mój ADHDowy tok myślowy bywa… kreatywny, to przypomniało mi się, że jakieś pół roku temu widziałam gdzieś, że w airfryerze można konfitować czosnek. Więc myślę: dodam do masła, będzie dobre, bo co może być złego w czosnku i maśle… 😅 A, że mam na wsi airfryera, po wizycie u weta, kupiłam bio czosnek i oliwę w Lidlu w Wolsztynie. No i zrobiłam.
I zasmrodziłam chałupę na maksa 🤦♀️
Wietrzyłam chyba ze dwie godziny. Mąż uciekł na godzinny spacer 🚶♂️, a Amanda – która od weta dostała krople do oczu – zwiała biedna na górę 🐱 Atmosfera była więc… dość intensywna. Sama płakałam nad tym czochem.
A ponieważ airfryer był już rozgrzany, a z zamrażarki wygrzebałam ciasto francuskie po jakichś gościach, to pomyślałam, że zrobię jeszcze paluszki aglio olio.
(Przepis #1)
Czyli klasyka: oliwa, czosnek (a jakże) 🧄, chilli w płatkach, sól Maldon i pecorino. Posmarowałam połowę ciasta, przykryłam drugą, pokroiłam w paski, skręciłam w ruloniki i wrzuciłam do airfryera. Oczywiście stres, że się spalą, więc nerwowo zmieniałam temperaturę i czas. Finalnie piekły się jakieś 8–10 minut w 190–200 stopniach.
Wyszły świetne.
I przy okazji dosmrodziły dom już kompletnie, więc szybko wyniosłam je do gospodarczego. Ale jeden zeżarłam od razu 😋 Na ciepło – bajka!
(Przepis #2)
Sam czosnek zrobiłam w oliwie extra virgin w 150 stopniach przez jakieś 30–40 minut z gałązką bazylii i rozmarynu 🌿 Jak wystygł, następnego dnia dodałam sól Maldon. Zioła wyjęłam, a to co się obsypało zostawiłam w oliwie. Było tego w sumie około ośmiu główek czosnku, więc część odłożyłam do słoika – będzie na pieczywo, do sałatek albo do grillowanego mięska 🍞🥗🥩 – (Przepis #3)
Patrzę na sześć kostek masła i myślę: nuda będzie, jak wszystko zrobię w jednym smaku. Więc trochę zmieniłam zdanie i zaimprowizowałam.
Z połowy zrobiłam masło z konfitowanym czosnkiem.
(Przepis #4)
Czyli wymieszałam część czosnku z oliwą i masłem (3 kostki), posoliłam i voila! 🧈
Drugą połowę wymieszałam z 3 wyciśniętymi ząbkami świeżego czosnku, gochugaru, chilli w płatkach, pieprzem, solą Maldon i sekretnym składnikiem – czterema łyżkami crispy chilli oil 🌶️
I to był hit wieczoru.
Z ziemniakiem z ogniska – w ogóle kosmos 🥔🔥
Już w domu na kolację zrobiłam pomidora z czosnkiem konfitowanym, pecorino, listkami bazylii, pieprzem i tradycyjnym octem balsamicznym DOP z Modeny 🍅
(Przepis #5)
A jednak 5 🤓
Śmierciucha spłonęła 🔥, idzie nowe, idzie wiosna 🌱, a przy okazji pojawił się nowy przepis(y). I bardzo bym chciała, żeby to lepsze „nowe” przyszło też w innych sprawach – takich trochę trudniejszych, przez które przechodzę ja, moja Rodzina i Przyjaciele.
A takie wieczory przypominają, że czasem naprawdę wystarczy ogień, ludzie i dobry ziemniak – a raczej pyrka 🥔 – z dobrym masłem, żeby poczuć, że po zimie jednak zawsze przychodzi wiosna. ✨


















